|
Na ostrzu dzioba
zobacz zdjęcia: tutaj
Tekst: Krystian Bielatowicz, Paweł Giersz
Peruwiańczycy kochają walki kogutów. Największą widownię
gromadzą te najbardziej brutalne – z pierzastymi wojownikami
uzbrojonymi w stalowe ostrza przymocowane do nóg rzemieniami.
Obrzeża miasteczka Huarmey na północnym wybrzeżu Peru. Wysoki
mur osłania oświetloną jarzeniówkami arenę. Podjeżdżają
zdezelowane samochody terenowe, kilka sypiących się osobówek.
Mężczyzna w dżinsach, z kilkudniowym zarostem na twarzy, zabiera z
jednej z nich dwa dobrze zawiązane worki i znika w drzwiach.
Kiedy hodowcy pierzastych wojowników szykują ich do niedzielnej
walki, z okolic nadciągają fani tej legalnej tu dyscypliny sportowej.
Zanim wejdą do środka, musza zapłacić 10 soli (ok. 4 $). To znaczny
wydatek. Bezrobocie w kraju jest bardzo duże, a każdy 1 sol to dziesięć
bulek na śniadanie. Ale popularnej rozrywce trudno się jest oprzeć.
Arena wygląda jak miniatura amfiteatru. Otaczają ja betonowe,
pomalowane na niebiesko lawy. Scena jest ogrodzona – nie wolno
pozwolić, by koguty uciekły z pola walki. Za arena ściana z
ponumerowanymi drzwiami, za którymi już czekają w klatkach
rozdrażnione ptaki. Po drugiej stronie areny niewielki bufet, można w
nim kupić papierosy i oczywiście najważniejszy trunek w Peru –
piwo. Diw modelki z Limy przyjechały właśnie zareklamować jedna z
marek. Wystarczy odpowiedzieć na pytanie i sześciopak umili
wieczór.
P chwili hodowcy znają program walk i pierwsi z nich wychodzą na arenę.
Marcal Casimiro, właściciel stajni kogutów, wyraźnie denerwuje
się przed turniejem. To najważniejszy sprawdzian po kilku miesiącach
przygotowań, który często przesadza o dalszym losie trenera.
Przed wyjściem ptasi zawodnik jest rozdrażniany przez innego,
specjalnie do tego przyuczonego koguta. W drużynie Casimiro zajmuje się
tym jego najmłodszy syn Paul i stary kurzy champion Roco, który
od dwóch lat nie uczestniczy w zawodach po ciężkiej kontuzji
lewej kończyny.
Powierzchnia areny jest oczyszczona i zagrabiona. Każdy hodowca wnosi
drewniana skrzynkę, a w niej zawinięte w czerwony materiał wypolerowane
noże – ostre jak brzytwa. Zamocowanie ich kogutom to ważny
rytuał. Do każdego zawodnika podchodzi fachowiec – założy jedno
ostrze na lewa nogę ptaka. Precyzja i dokładność są tu najważniejsze:
nóż w skórzanej opasce obwiązuje się rzemieniami lub
sznurkiem dziesiątki razy. Marcial jeszcze raz poprawia węzeł. Musi
trzymać mocno i solidnie. Gotowe.
Po środku areny arbiter ustawia tekturowa płytę, która oddziela
dwa koguty. Ich właściciele opuszczają ring. Napięcie rośnie. Sędzia
szybko usuwa przegrodę i oto naprzeciw siebie staja dwaj agresorzy.
Jakiś czas tkwią w zupełnym bezruchu, aż nagle, w mgnieniu oka,
uderzają z całym impetem. Zwarcie trwa zaledwie kilkanaście sekund, ale
to wystarczy, by wojownicy opadli z sił. Arbiter ponownie oddziela
płytą koguty, a hodowcy – po szybkich oględzinach –
znów ustwiają je na ringu. Kolejne potyczki osłabiają ptaki. W
końcu jeden błyskawiczny cios kończy walkę. To ciecie śmiertelne.
Właściciel jeszcze nic nie zauważył. Dopiero, gdy zobaczył kałużę krwi,
wie, że to koniec. Tym razem wychowanek Marciala i jego syna przegrał.
Paul wynosi zwłoki koguta na zaplecze. Casimiro przeklina pod nosem i
wybiera kolejnego zawodnika do następnej walki. Dalsze starcia
pokazują, że zwycięstwo zapewnia nie tylko pojedynczy śmiertelny cios.
Podczas pojedynku koguty zazwyczaj trąca resztki sił. Wygrywa ten,
który może jeszcze przydusić przeciwnika do ziemi.
Świat się nie kończy na kukurydzy.
Marcial i Paul mieszkają w Lagunas, jednej z sennych wiosek rozsianych
wokół Huarmey. Marcial to niespokojna dusza. W latach 60,, tuz
przed reforma rolna, wyjechał do stolicy. Jak sam mówi, po
prostu cos pchnęło go w daleki świat, do Limy. Tam poznał Margarite,
miłość swojego życia, z która po dwóch latach
wrócił w rodzinne strony. W stolicy, bowiem zaczepić na dłużej
się nie udało.
Ale w Lagunas podczas jego nieobecności obszarnicze gospodarstwa rolne
zostały rozparcelowane wśród pracujących na nich chłopów.
Marciala reforma ominęła. – Nieobecni głosu nie maja…poza
tym myślałem, że już tu nigdy nie wrócę, że cala Lima jest u
mych stóp - wspomina. Ci, którzy dostali ziemie z reformy
rolnej, wybudowali sobie domy i wybudowali studnie. Marcial i Margarita
musieli zaczynać od zera. Byli zdani na łaskę sąsiadów.
Pracowali na parcelach nowych indiańskich właścicieli, zwykle za bardzo
skromne wynagrodzenie.
- U białych hacendados pracowało się ciężko, ale nie byłem aż tak
upokarzany. Nie ma gorszego wyzyskiwacza niż taki sam biedak jak ty;
jak chłop, który nagle się wzbogaci – opowiada Marcial.
- ale niczego nie żałuję. W Limie poznałem Margarite, zobaczyłem tez,
ze świat nie kończy się na zbieraniu kukurydzy i wieczornym piciu
bimbru canaso.
To na przedmieściach stolicy po raz pierwszy zobaczył walki
kogutów. Poczuł czar areny, niesamowite emocje i zakochał się w
pięknych ptakach od pierwszego wejrzenia. – To właśnie dzięki nim
po powrocie do Lagunas znalazłem szansę na lepszy byt, własną drogę do
szczęścia.
Jak wyhodować championa
Walki kogutów narodziły się w Azji, skąd zostały przejęte przez
antycznych Rzymian i przetrwały do czasów nowożytnych jako
popularna rozrywka Europejczyków. Na statkach hiszpańskich
konkwistadorów – do Meksyku, Panamy, Peru –
przywędrowali również upierzeni wojownicy. Ten zamorski sport
szybko przyjął się w kulturze kreolskiej. Wśród wielu odmian
walk, najbardziej rozpowszechnione są potyczki kogutów z
zaostrzonymi pazurami oraz wersja bardziej brutalna – uznawana za
tradycyjną – gdy ptaki uzbrojone są w stalowe ostrza. To właśnie
ta ostatnia odmiana kogucich potyczek króluje na peruwiańskich
arenach. Żyją z niej cale rodziny. Na wyhodowanie championa nie ma
metody. Największych mistrzów chowu kur bojowych znajdziemy
zarówno na przedmieściach Limy, jak i w wioskach rozsianych po
indyjskich dolinach, amazońskich lasach deszczowych i pustyniach
wybrzeża Pacyfiku.
Marcial i Paul Casimiro wstają z kurami. Grubo przed piątą rano ojciec
i syn krzątają się przy skleconych przez siebie wolterach. Czas na
kurza przekąskę i poranna toaletę. Każdy z dwudziestu kogutów
przechodzi codzienny przegląd. Bo higiena to podstawa. Pióra
muszą być czyste i lśniące. – Wilgotny klimat sprzyja grzybicom i
pasożytom - tłumaczy Paul. – Dajemy kurom antybiotyki, a nogi i
pazury nacieramy starym olejem silnikowym – dodaje Marcial.
Hodowla championów wymaga czasu, cierpliwości, poświęcenia i
sporych nakładów finansowych. Przygotowanie dobrego wojownika
trwa niezwykle długo. Już od pierwszych dni kurczęta powinny być
chowane wedle ustalonych zasad. Koguty oddziela się od kur, a następnie
umieszcza w pojedynczych klatkach.
Gdy kogucik osiągnie odpowiedni wiek, rozpoczyna się jego trening. Jak
podkreśla Paul, pierwszy etap to szkoła charakteru. Nie każdy ptak jest
wystarczająco agresywny i ma odpowiedni temperament. Najlepszym
sprawdzianem hartu ducha młodego wojownika jest próbna walka z
dorosłym championem. Te spośród żółtodziobów,
które mimo znacznej przewagi przeciwnika nie ustępują pola,
zostają. Reszta trafia na stół hodowcy w postaci rosołu.
Kolejny etap to trwający ponad dziesięć miesięcy trening fizyczny. Poza
ogólnym przygotowaniem wytrzymałościowym Marcial i Paul
szczególną uwagę przywiązują do ćwiczeń polepszających wysokość
skoku koguta. – Im wyżej wyskoczy, tym większa szansa, by
przymocowane do kończyn stalowe ostrza śmiertelnie zraniły przeciwnika
– tłumaczy Marcial. Dlatego rodzina Casimiro podczas treningu
przymocowuje ptakom do nóg kamienne odważniki. Najlepsze skaczą
potem ponad półtora metra.
Jednak najważniejszą częścią treningu są codzienne sparingi. Te należy
przeprowadzać już po zachodzie słońca, w oświetleniu jarzeniowym, a
wiec w warunkach przypominających te z prawdziwych aren. – Często
piękne i silne bestie uciekają w popłochu wystraszone sztucznym
światłem i wrzeszczącym tłumem widzów – śmieje się Paul.
Wielki turniej narodowy
Długie miesiące przygotowań wieńczy sezon trwający zaledwie kwartał.
Miedzy lipcem a wrześniem tłumy widzów zapełniają nocami
małomiasteczkowe kluby. Tu rozgrywają się potyczki na poziomie
lokalnym. Zdobywcy trofeów pojadą dalej walczyć o puchar
regionu. Najlepsi spotkają się w Limie na wielkim turnieju narodowym.
Ptaki przemierzają tysiące kilometrów, by na arenach przynieść
chwałę i zyski swoim hodowcom.
Zarobione pieniądze zwycięzcy inwestują w nowe ptaki. Kupują egzotyczne
rasy, by stworzyć własną, niepowtarzalną i jeszcze bardziej bitna
krzyżówkę. Wyhodowanie wielu kur po uznanym championie to szansa
na wystawienie do walki większej liczby wojowników w kolejnym
sezonie.
Przegranym ciężko się pogodzić z porażką. Jedni z długami na karku
kończą przygodę z hodowlą. Inni się nie poddają i inwestują ostatnie
pieniądze w kurzy interes, z nadzieją, że następnym razem ich ptasi
gladiatorzy wrócą do rodzinnej wioski w blasku chwały.
- Nie było tak złe – przerywa długie milczenie Marcial. –
Mogło być lepiej, cały rok zmarnowany, nie mamy medalu! –
Odpowiada Paul. – Wygrać nie wygraliśmy, ale najważniejsze, ze
nie straciliśmy – pociesza Marcial. – Wystarczy na kilka
nowych kur, paszę na cały rok, materiały na nowe woliery i kolejkę piwa
dla wszystkich chłopaków z Lagunas. Niech wiedza, ze Casimiro
życia jeszcze nie przegrali. Jeszcze się synku odegramy….
|
|