Powrót


20.01.2008

Każdy ma jakieś zdjęcia, które lubi. I nie muszą to być wcale najlepsze ujęcia. Wybrałem poniżej umieszczone zdjęcia, ponieważ przypominają mi jedną z najtrudniejszych wspinaczek i zarazem jedną z największych przygód. Od lat marzyłem o zobaczeniu peruwiańskich rytuałów i świąt, które mają swoje korzenie w czasach inkaskich, a nawet preinkaskich. Studiowałem archeologię Ameryki Południowej i przez cały okres studiów przekładałem wyjazd do Peru na wykopaliska. Dlaczego? Ponieważ zdecydowałem się w końcu na kilkumiesięczną wędrówkę po tym kraju jako fotograf. Nie chciałem kopać. Chciałem zobaczyć to wszystko, o czym marzyłem, okiem fotografa.

Ale wracając do poniższych zdjęć.
Jednym z moich celów było uczestnictwo w pielgrzymce Qoyllur Riti. Znalazłem się tam z kilkudziesięcioma tysiącami innych pielgrzymów. I byłem jednym z nielicznych gringos (upraszczając - turystów).
Najpierw ośmiogodzinna jazda starym autobusem. Noc, nieszczelny pojazd, kurz i pył. O północy wylądowałem w obozie, gdzie można było coś zjeść i napić się. Potem sześciogodzinna wspinaczka po zlodowaciałej ścieżce. Minus dziesięć stopni Celcjusza, a może jeszcze mniej. Nad ranem znalazłem się w olbrzymim obozie. Część przybyszów spała w namiotach, inni pod foliami lub pod gołym niebem. Temperatura nad ranem mogła dochodzić do minus piętnastu. Znalezienie miejsca na rozstawienie namiotu to było jak szukanie igły w stogu siana. Powierzchnia była nierówna, a gdy temperatura w ciągu dnia była dodatnia - można było zapaść sie w grzęzawisku. Ale udało się.
To były dwie noce i trzy dni. Jeden kibel na cały obóz (podobno były dwa?). Po kilku dniach trzeba było uważać gdzie się stawia nogę. W ostani dzień około czwartej nad ranem ruszyłem z pielgrzymami na najważniejszy moment pielgrzymki - msze na lodowcu. Było jeszcze ciemno i zimno. Co kilkadziesiąt metrów robiłem postój. Na wysokości ok. 5000 m n.p.m. trudno o wystarczającą ilość tlenu. Msza była warta zachodu. Katolicyzm i poganizm zlewały się w jedność. Zobaczylem rytuały, które sięgały setek lat wstecz.

W Peru zrobiłem kilka fotoreportaży i dopiero tam tak naprawdę zacząłem fotografować. Po powrocie do kraju byłem zadowolony ze zdjęć. Obecnie zdjęcia nie wydają mi się już takie dobre. Wiele z nich znalazło się już w archiwum. Niedługo kolejne znikną z mojej strony i zostaną zastąpinone mocniejszymi materiałami. Ale zawsze będę mógł powiedzieć, że to od nich się zaczęło i nie ważne czy to były świetne lub kiepskie zdjęcia.

























11. 01.2008

Kabaret Moralnego Niepokoju potrafi rozbawić, a uśmiech Kasi Pakosińskiej to mistrzostwo świata.
Oby tak cały Nowy Rok 2008 był bardziej zabawny niż smutny.




Powrót

 © Krystian Bielatowicz